Wasze wyprawy

Żółty bus i baran w pierogach, czyli witamy w Ułan Bator!

Kanarkowy autobus. Fot. J.Myśliński

fot.: Olita

Kanarkowy autobus. Fot. J.Myśliński
Wrześniowe Ułan Bator tonie w złotych barwach jesiennego słońca i opadających na chodniki modrzewiowych igłach. Miasto, od którego rozpoczyna się wyprawy wgłąb Mongolii, potrafi być prawdziwie urzekające!

Autobus był żółty jak kanarek. Miękkie fotele obleczono błyszczącą tkaniną o barwie majowego bzu, a całości dopełniały dobrane pod kolor firanki w wersji mini i uśmiechnięty od ucha do ucha kierowca, który nie rozumiał ani słowa po angielsku (choć zapewne w jego odczuciu, to my nie rozumieliśmy ani słowa po mongolsku). Słońce świeciło już wysoko, pachniało baranem, a przez okno busa mignął nam jeszcze budynek lotniska i wielki napis ,,Chinggis Khaan”, gdy wyjeżdżaliśmy na kilkupasmową drogę prowadzącą w kierunku miasta. Wylądowaliśmy w Ułan Bator!

Dwa wielbłądy, koń i krowa

Po grubo ponad dobie w podróży, tułaczce przez kilka dworców i portów lotniczych -Pradze, Istambule i Biszkeku, oglądanych potem z góry, przez niewielkie okienka – aż w końcu po magicznych chwilach na pokładzie ostatniego samolotu, z gorącą kawą wypitą z widokiem na majaczące hen w dole, zaśnieżone szczyty Ałtaju, dotarliśmy do celu! Jesteśmy w Mongolii i ruszamy ku naszej wielkiej przygodzie! Ku bezkresnym stepom, dzikiej tajdze, przejrzystym wodom jeziora Khovsgol, gwiaździstemu niebu, trudzie, głodzie i chłodzie… A w przypadku Staszka także z nadzieją, że nikt z tej wyprawy nie wróci żywy, albo przynajmniej, nie w jednym kawałku!

Słoń z trąbą do góry

Gospodyni miała na imię Nassan, czarne zwiewne spodnie w srebrne indyjskie słoniki i studiowała kiedyś na Ukrainie. Usiłowała wydobyć z pamięci kilka rosyjskich, znajomo dla nas brzmiących słów, pokazując nam przestronne wnętrze dość dużego mieszkania, którego okna wychodziły na ruchliwą, główną ulicę i złoty budynek banku. Do wnętrza wpadało ciepłe światło, rozjaśniając i tak już delikatny błękit ścian, drewniana podłoga lekko skrzypiała, pod ciężarem układanych w stos bagaży, a szeroki parapet w kuchni aż kusił by przysiąść na moment i poobserwować rozbiegane i chaotyczne Ułan Bator. Spodobało mi się od razu! Tak mieszkanie, jak i samo miasto. Wyszliśmy na nagrzaną ulicę i ruszyliśmy przed siebie, prześlizgując się wzrokiem po ogorzałych twarzach mieszkańców o skośnych, ciemnych oczach, wysokich kościach policzkowych i pełnych policzkach. Zaledwie po kilku minutach pomyślałam, że Mongołki są niebywale piękne, co chwilę później potwierdziła także męska część naszej ekipy. Kobiety miały błyszczące, czarne włosy, smukłe sylwetki i jakiś tajemniczy, trudno uchwytny pierwiastek, który nadawał ich twarzom szlachetnego, przyciągającego wzrok, uroku. W stolicy Mongolii trwała złota jesień. Nieliczne drzewa obsypane były żółcącymi się w słońcu liśćmi lub powoli opadającymi na ziemię modrzewiowymi igłami. Na chodnikach siedziały babuszki, ubrane w tradycyjne kolorowe stroje (deele), oferując drobne słodycze, papierosy i sosnowe orzeszki, na które trwał teraz sezon. Ruch wypełniał każdy zakamarek i skwer, który mijaliśmy, nie wspominając nawet o wartkiej, hałaśliwej rzece aut, pędzących przez skrzyżowania i niezważających na przechodniów, usiłujących przedostać się bezpiecznie na drugi brzeg. Tylko na głównym placu miasta (Sukhbaatar Squere) było nieco spokojniej. Pod czujnym okiem opierającego się o mury parlamentu Chinggis Khaana, młodzi ludzie jeździli na rolkach i rowerach, a pomiędzy nimi krążyli sprzedawcy ręcznie malowanych obrazków oraz nieliczni turyści z aparatami w dłoniach. Zewsząd jednak rozbrzmiewało nieustanne trąbienie niecierpliwych kierowców i nieznane nam szorstkie dźwięki języka mongolskiego.

 

Dinozaury i gołębie

Przez miliony lat leżały zagrzebane w gorących piaskach pustyni Gobi, by ostatecznie – poskładane niczym prehistoryczne puzzle -zawędrować na podświetlane różowofioletowym światłem podesty Muzeum Historii Naturalnej. Widniejący na bilecie wstępu przerażający Tyrannosaurus Rex, w zaskakująco niewielkiej i jedynej wystawienniczej sali, nie budził już tak wielkich emocji. Podobnie jak mój ukochany w czasach dzieciństwa Velociraptor, zastygły w nieco drapieżnej pozie na skrawku białego, jedwabnego materiału. Nieco rozczarowani, szybko zbiegliśmy po betonowych schodkach muzeum, by w promieniach powoli zachodzącego już słońca, obejrzeć jeszcze buddyjski klasztor Gandantegczinlen chijd. Barwnie zdobienia kryjące w sobie elementy wzornictwa mongolskiego, chińkiego i tybetańskiego, zachwycają! Podobnie jak ponad dwudziestopięciometrowy, ociekający złotem posąg Awalokiteśwary. Klasztor, obecnie rozbudowany i odnowiony, przetrwał okres antybuddyjskich represji, będąc obecnie największym ośrodkiem religijnym w kraju i miejscem pełnym życia! Setki gołębi spacerowały między bielonymi stupami, przeszukując szpary między brukowaną kostką pod naszymi stopami, w poszukiwaniu zgubionych przez wiatr nasion i ziaren. Między klasztornymi budynkami pachniało kadzidłem i delikatnie tlącym się zielonym artsem (sproszkowanymi jałowcowymi igłami), nieliczni wierni w ciszy kręcili ciężkimi, modlitewnymi młynkami, a czasem zza rogu wyłonił się uśmiechnięty mnich w czerwonych szatach. Gandan leżał poza ścisłym centrum, kawałek dalej zaczynał się już tzw. ger district, rozlewając się nieprzebranym morzem jurt po okalających miasto ze wszystkich stron wzgórzach. Tutaj kończył się asfalt, szklane budynki, drogie sklepy i powiew europejskości. Tutaj rządziła Azja i uwydatniały się kontrasty.

Bohater i jego koń

Ułan Bator to pulsująca miejskim życiem wyspa pośród bezkresu Mongolii. Intensywnie rozbudowujące się centrum, pierwsze sklepy ekskluzywnych zachodnich marek i drogie samochody, stoją w opozycji z tradycyjną, nomadyczną duszą Mongołów. Stolica jednak, to miasto ludzi młodych (2/3 populacji 1,3 mln miasta to ludzie do 30 roku życia!), przyjeżdżających tutaj, często z dalekiej prowincji, aby się kształcić i czerpać pełnymi garściami z jego kolorytu i atmosfery. Nic więc dziwnego, że Czerwony Bohater ( jak z mongolskiego przetłumaczyć można nazwę miasta) znajduje się w ciągłym ruchu, galopując przed siebie ku lepszej przyszlości. Nad głównym placem, przy skrzyżowaniu najbardziej zatłoczonych arterii, góruje The Blue Sky Tower, w którego szklanych okna przegląda się intensywny błękit nieba. Wieżowiec jest jedną z wizytówek Ułan Bator i być może preludium dalszych zmian, o których dobitnie świadczą otaczające go place budowy. Z dala od kurzu i pyłu jest tylko odrobinę spokojniej - szeroką Peace Avenue upodobali sobie przyjezdni. Tu można napić się kawy, zajrzeć do któregoś z liczych sklepików z pamiątkami czy przed wyruszeniem w dalszą drogę, uzupełnić zapasy w imponującym Department Store. Przysiadamy więc i my. Na tarasie słynnej wśród podróżników Cafe Amsterdam wrześniowe słońce grzeje przyjemnie, a wszechobecny zgiełk przestaje doskwierać. Przed nami kolejny punkt dzisiejszego dnia - zakupy...

Jaki w pudełku.

Department Store jest ogromny. Na kilku piętrach znaleźć można niemalże wszystko, czego tylko dusza zapragnie (choć podobno jeszcze lepszy pod tym względem jest targ Naran Tuul). Nam wystarczy jednak tylko parter, pełen wysokich regałów z rosyjskimi i polskimi (!!!) słodyczami, paczkami pysznych mongolskich ciastek, torbami z ryżem, makaronem i mąką oraz obowiązkową czarną kawą. Brakuje jeszcze tylko mięsa! Coś przecież konkretnego, podczas tak długiej wyprawy jeść trzeba, jak zgodnie twierdzą nasi panowie, nieusatysfakcjonowani dotychczasowymi zakupami. Co jak co, ale mięsa to akurat w Mongolii jest pod dostatkiem, a żeby wprowadzić element lokalnej egzotyki, decydujemy się na to z.... jaka (suszone, nazywane tutaj borts)! Z kartonowch, lekkich jak piórko opakowań, spoglądały na nas zachęcająco, pasące się na zielonym stepie, kudłate przeżuwacze obiecując wspaniały smak i jakość - postanowilismy zaryzykować...

Baran w pierogach

 

Dzień dobiegał powoli końca. Na ulicach zapanował względny spokój. Chodniki zaczęły oddawać nagromadzone w ciągu dnia ciepło, błyskały neony sklepów, a trąbiący kierowcy dotarli już zapewne do domów i jedli z żonami kolację. Poszliśmy zjeść i my! Restauracyjka mieściła się na rogu ulicy, w tym samym budynku co nasze mieszkanie. W środku było praktycznie całkiem pusto, nie licząc dwóch kelnerek, obserwujących nas bacznie z rogu sali. W menu za to było jak najbardziej pełno – pełno barana… W zupie, z makaronem, z ryżem, (tsuivan)w całości (!!!), jako kiełbaski, mięsne kuleczki, pierożki (buudze) oraz placki (khuushuury). Do wyboru do koloru! Postawiliśmy na najbardziej popularne buudze (rodzaj pierożków, wypełnionych mięsnym nadzieniem z dodatkiem cebuli oraz odrobiną rosołu) i kilka puszek Coca Coli – tak dla bezpieczeństwa! Na ulicach było już całkiem pusto gdy otwieraliśmy okno w naszym pokoju, wpuszczając nieco rześkiego powietrza i odkręcaliśmy dwulitrową butelkę mongolskiego piwa Borgio… 

Jutro ruszamy na północ!

Pulsujące centrum Ułan Bator
Pulsujące centrum Ułan Bator
Wszyscy spotykają się na Placu Sukhbataara!
Wszyscy spotykają się na Placu Sukhbataara!
Pełen barw klasztor Gandan.
Pełen barw klasztor Gandan.
Kontrasty Ułan Bator
Kontrasty Ułan Bator
Mongolska złota jesień!
Mongolska złota jesień!

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody TIME S.A. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody TIME S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.