GDAŃSK

Stocznia w Gdańsku. Artyści zmienili ją w przestrzeń sztuki

Radosław Żydonik, 19.08.2019

Zabytkowe żurawie zastygłe nad Basenem Dokowym przy ulicy Wyposażeniowców

fot.: Radosław Żydonik

Zabytkowe żurawie zastygłe nad Basenem Dokowym przy ulicy Wyposażeniowców
Choć po wielkim przemyśle zostało tylko wspomnienie, w stoczni praca wre! Uwijają się artyści, didżeje, kucharze. Zmieniają postindustrialny pejzaż w przestrzeń sztuki.

Kolorowe zdjęcie sprzed piętnastu lat. Na pierwszym planie kryty papą dach i rozwieszone na sznurach pranie. W tle silosy i pordzewiałe dźwigi. U dołu podpis: „W Kolonii Artystów nieprzerwanie tworzyło, kochało, gotowało, bawiło się, po prostu żyło – kilkadziesiąt osób. To był nasz kawałek miasta, wymarzony stoczniowy dom”. Wpis opublikował na swoim blogu fotograf Michał Szlaga. Jeden z artystów, którzy w 2002 r. rozpoczęli w Stoczni Gdańskiej eksperymentalny plener street artu i awangardy.

Z początku patrzono na nich z przymrużeniem oka. – Plastycy mają upiększać te szkarady? Szkoda farby! – pokpiwali gdańszczanie, mijając udręczone dekadami socjalizmu i transformacji stoczniowe gmachy. Szybko zmienili zdanie, gdy przygaszone fasady nabrały barw. Kusiły, by wściubić nos do niepokojącego świata. Królestwa maszyn, które kończyło żywot pośród jęku wysłużonych żurawi. Chętnych do odwiedzin nie brakowało.

Atrakcje Gdańska. Zaplanuj z nami spacer po mieście

NA TEMAT:

Ulica Elektryków w Gdańsku
Jeszcze niedawno ulicą Elektryków sunęły pociągi towarowe, dziś to najważniejsza scena didżejska w Trójmieście. Fot. Radosław Żydonik

– Wpadałem tutaj podpatrywać rzeźbiarzy i muzyków grających na dachach opuszczonych budynków – opowiada Rafał Moskal, architekt mieszkający na gdańskiej Zaspie. – Nie było łatwo, wciąż tliło się tu robotnicze życie, potrzebna była przepustka. Szczęśliwie skakanie przez mur ma na wybrzeżu długą tradycję – śmieje się i zwalnia kroku. Wędrujemy między halami przy ulicy Narzędziowców. Wokół kruszejące ściany, pajęczyny potrzaskanych szyb. Nad dziewiętnastowieczną Stocznią Cesarską krążą mewy. Ich śmiech tłucze się w zaułkach i gaśnie w pustych hangarach.

Te atrakcje Sopotu są dumą wybrzeża – i nie chodzi o molo ani „Monciaka”

100cznia w Gdańsku
Posłuchaj muzyki, poćwicz jogę, weź udział w warsztatach społecznych – 100cznia to królestwo kreatywności. Fot. Radosław Żydonik

Zakazana szuflada

– Ludziom sztuki nie mieściło się to w głowach – ciągnie Rafał. – Zawsze była szarpanina o sale na wystawy. Kosmiczne czynsze za pracownie. A tu nagle pojawia się deweloper, który kupił część postoczniowych terenów i oświadcza: „Zróbmy deal. Dostaniecie na parę lat budynek zakładowej Centrali Telefonicznej, a w zamian oswoicie ten ponury industrial” – Rafał pstryka palcami i dodaje: – Właśnie tak powstała Kolonia Artystów; z legendarnymi wernisażami, winem sączonym na platformach dźwigów, Radykalnym Klubem Filmowym „Mołotow” i Teatrem Znak. A stoczniowcy? Wytrzeszczali oczy na kolorowe towarzystwo. I robili zakłady, po ilu dniach wymięknie kolejny stuknięty pejzażysta, który postanowił rzucić sztalugi i zatrudnić się jako malarz kadłubów. Rekordziści kapitulowali po tygodniu… – Rafał opiera się o dogorywający w zaroślach kuter, skrobie palcem łuszczącą się farbę. – Bajka skończyła się w 2007 roku. Przyszli nowi inwestorzy, zaczęły się wyburzenia. Artyści schronili się w budynku Modelarni, ale i ten rozjechały buldożery. Co na to władze miasta? – chłopak zaciąga się głęboko papierosem.

Które restauracje w Gdańsku warto odwiedzić?

Opowiem ci pewną historię. Za komuny mieliśmy w domu meblościankę, a w niej szufladę. Zakazaną! Klucz miała tylko mama. Przynosiła ze stoczni jakieś przedmioty i chowała je ukradkiem. Pachniało tajemnicą, więc nie miałem wyjścia – Rafał uśmiecha się łobuzersko. – Znalazłem klucz, nawet nie zajrzałem do środka, od razu włożyłem dłoń. I wrzasnąłem z bólu. W palec wbiła mi się zapinka od jakiejś plakietki. Było ich więcej. Przypiąłem je do swetra i udekorowany niczym laureat moskiewskiej olimpiady wybiegłem na podwórko. Za uszy przyprowadził mnie milicjant. Pamiętam białą jak kreda twarz mamy. Na znaczkach był napis „Solidarność”, a od 13 grudnia trwał stan wojenny… – Rafał gasi papierosa i dodaje: – Przez dekady dla włodarzy Gdańska postoczniowe tereny były taką szufladą. Lepiej nie otwierać, bo może zaboleć. Z jednej strony duma z etosu robotniczego buntu, a z drugiej wstyd – zmarnowane szanse, stoczniowcy na bruku. Bano się tego pejzażu, bo hulały tutaj dwa demony. Historia i polityka. Na szczęście pomogły artystyczne egzorcyzmy. Happeningi, wystawy, protesty. Cztery lata temu wstrzymano wyburzenia, a to, co zostało, wpisano do rejestru zabytków. W końcu dotarło do urzędasów, że poprzemysłowa przestrzeń może stać się czymś na miarę nowojorskiego SoHo. Najmodniejszą dzielnicą Gdańska. Pulsującą muzyką, sztuką, awangardą – Rafał przystaje przed ogromnym żurawiem M3 z 1963 r., zdejmuje łańcuch blokujący wejście i rzuca: – Widziałeś kiedyś stocznię z lotu ptaka?

***

Cały tekst Radosława Żydonika przeczytasz we wrześniowym wydaniu magazynu „Podróże”.

Podróże 09/2019

Polub nas na Facebooku!

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody TIME S.A. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody TIME S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.