ESTONIA

Wyspa na Bałtyku w rękach kobiet! To one tutaj rządzą

Artur Kot, 1.06.2017

Kobiety z Kihnu uwielbiają się bawić

fot.: Artur Kot

Kobiety z Kihnu uwielbiają się bawić
Kto tutaj rządzi, nie budzi raczej wątpliwości. Silne kobiety od zawsze brały sprawy w swoje ręce. Bez nich maleńka Kihnu zamiast kolorową mozaiką byłaby tylko jedną z tysięcy estońskich wysepek.

Na parkiecie pojawiają się, jeszcze zanim harmonia weźmie pierwszy głęboki oddech. Kobiety z Kihnu uwielbiają się bawić i nie przepuszczą ku temu żadnej okazji. Choć tańczą same, to już od pierwszych dźwięków idą na całość. Pasiaste spódnice – duma i znak rozpoznawczy wyspy – wirują ku uciesze rozanielonej grupki gości. To, co miało być małą pokazową potańcówką, przeradza się w wiejską imprezę. Stopniowo do zabawy przyłączają się kolejne dziewczyny, które do tej pory jedynie zaglądały przez próg. Po chwili sala się wypełnia i cały świat zaczyna wirować na czerwono.

NA TEMAT:

Wachlarz spódnic

– Kultura ludowa to część naszego życia – opowiada Mare, moja przewodniczka, kiedy w końcu udaje mi się wyciągnąć ją z roztańczonego tłumu. Podobnie jak większość tutejszych kobiet tradycyjny strój wkłada na co dzień. Nie zawsze ten sam. W użyciu są dwa rodzaje spódnic: „wesołe” i „smutne”. „Wesoła” utrzymana jest w odcieniach czerwieni. Ma krzykliwe, ogniste paski przeplatane granatowym, żółtym, czasem zielonym kolorem. Najlepiej pasuje do niej kwiecista bluzka, a do tego chustka lub fartuszek – w zależności od tego, czy strój nosi mężatka, czy panna. Spódnica „smutna” to zarezerwowana na czas żałoby głęboka czerń. Jest jeszcze wersja przejściowa. Pojawiają się w niej niebieskie wstawki – w miarę jak żal ustępuje pierwszym promiennym myślom.

Ten wachlarz strojów po brzegi wypełnia szafy wszystkich kobiet z wyspy. Spódnice są praktyczne, równie dobrze nadają się na imprezę w miejscowym klubie, jak i do pracy w polu. Kreacje szyte są ręcznie i, co ważne, samodzielnie. Ale na Kihnu to nic niezwykłego. Tutaj dziewczyny właściwie wszystko robią same.

Kihnu
Kort to w miejscowym dialekcie pasiasta spódnica. Mężczyźni noszą troi' – wzorzyste swetry, fot. Artur Kot

Kobiece rządy

Kulturę wyspy od zawsze tworzyły kobiety. Mężczyzn po prostu najczęściej tutaj nie było. Kiedy wypływali na morze poławiać ryby lub polować na foki, panie, chcąc nie chcąc, brały się do całej reszty: od cerowania skarpet czy grabienia wodorostów po uprawę roli i budowę stodół. Mimo nawału obowiązków wieczorami spotykały się jeszcze pośpiewać i potańczyć.

Kobiety z Kihnu zawsze słynęły z pracowitości. Życie na wyspie nigdy nie rozpieszczało – nie jest to rajski atol, tylko surowy skrawek lądu pośrodku regularnie zamarzającego morza. Podział ról był jasny. Panowie po zawinięciu do portu zwykle nie potrafili nawet wydoić krowy. Z kolei na morzu kobiety też nie były mile widziane, bo ponoć przynosiły pecha. Estońskie przysłowie: „baba w łodzi, to łódź tonie”, najwyraźniej nie wzięło się znikąd. Nawet teraz dziewczyny rzadko zabiera się na ryby.

Gdy pytam, czy można mówić o matriarchacie, Mare szeroko się uśmiecha. Najwyraźniej samo pytanie odbiera jako wyraz uznania i jeszcze jeden argument za tym, że coś jest na rzeczy. Choć dziś, jeśli spojrzeć na wszystko z boku, trudno byłoby pewnie rozsądzić jednoznacznie. Role społeczne są przemieszane – mężczyźni znaleźli sobie wiele nowych zajęć, merem Kihnu jest młody chłopak. – Ostatecznie zawsze rządzi ten, kto w domu decyduje o podziale pieniędzy – Mare stawia sprawę jasno. Kto to jest, na Kihnu wydaje się dosyć oczywiste.

Kihnu
Latem za scenę teatralną służy podwórko, fot. Artur Kot

Wesele całej wyspy

Dla Kihnu silna tradycja to kwestia być albo nie być. Dzięki niej miejsce zapada w pamięć, a kolorowy folklor niczym turbina napędza turystykę. Gdyby nie starania mieszkańców, Kihnu pewnie podzieliłaby los innych zagubionych na Bałtyku wysp, które ludzie powoli opuszczali z braku pracy.

Czasy, kiedy wyspy Zatoki Ryskiej bogaciły się na morskim handlu, minęły wraz z nadejściem XX wieku. Kiedyś, żeby zarobić, wystarczało wyławiać z morza kamienie i sprzedawać je w Rydze czy Gdańsku, gdzie służyły do budowy dróg i domów. W przeciwnym kierunku płynęła najczęściej kontrabanda. Na Kihnu mieszkało wówczas 1200 osób (dziś ledwie 500). Żyło się dobrze.

Paradoksalnie, wszystko zmieniło się wraz z nadejściem niepodległości w 1918 r., po tym, jak Estonia przez 200 lat była częścią Imperium Rosyjskiego. Wyspa, tak jak cały kraj, wolność przypłaciła okresem biedy. Czasy radzieckie Mare przywołuje już z własnych wspomnień. – Dla nas był to dobry moment – opowiada. – Wszystko pędziło. Zrzeszeni w kołchozach rybacy mieli pełne ręce roboty. Dużo się budowało, każdy miał motor, radziecki IŻ, wiele z nich jeździ do dziś. A do tego wyprawiało się weseliska na 300 osób.

Wesela zawsze były wyznacznikiem prestiżu i najbardziej jaskrawym przejawem wyspiarskich zwyczajów. Dziś o te najprawdziwsze jest już jednak trudno – mało kto mógłby sobie na nie pozwolić. Głównie dlatego, że oznacza to trzydniową imprezę, na której ugościć (i nakarmić!) trzeba praktycznie całą wyspę. Ostatnią w pełni tradycyjną uroczystość zorganizowano przy wsparciu UNESCO, które zgodziło się sfinansować ją w zamian za możliwość nakręcenia filmu dokumentującego zagrożone zniknięciem obrzędy. Wyjątkowe rytuały, charakterystyczne tańce w kręgu i prastare pieśni, których melodie mogą liczyć nawet 2000 lat, znalazły się na liście niematerialnego dziedzictwa kulturowego UNESCO.

Niezmienny porządek

– Fakt, że nasze tradycje przetrwały do XXI w., nawet mnie wydaje się niezwykły – przyznaje Mare, która od ponad dekady dba o to, by uchronić lokalną kulturę przed zapomnieniem. Podobnie jak większość mieszkańców zdaje sobie jednak sprawę z tego, że granica między promocją własnej tożsamości a nieostrożnym zamknięciem jej w ramy turystycznego produktu potrafi biec bardzo cienką linią. – Wiadomo, że gości przyciągnie tu jedynie nasza odrębność – opowiada. – Z drugiej strony, łatwo zamienić to wszystko w cyrk. Już teraz zdarza się, że turyści zaraz po zejściu z promu pytają o „kolorowe baby”, jakby spodziewali się zamkniętego w rezerwacie plemienia dzikusek.

Kihnu
Święto Morza rozpoczyna uroczysty „wjazd” miejscowej kapeli, fot. Artur Kot

Mare uważa, że jedynym sposobem na zachowanie równowagi jest pozostanie sobą. Prawdziwa siła Kihnu polega na tym, że niczego nie udaje. Nigdy nie była odcięta od cywilizacji. Do Parnawy, czwartego co do wielkości miasta Estonii, w razie potrzeby można dopłynąć w półtorej godziny. Niczego tu nie brakuje. Na kolorowych ścianach domów połyskują anteny satelitarne, wieczorami okna świecą błękitnym blaskiem plazmowych telewizorów. Niektórzy mieszkańcy mają nowoczesne łazienki, inni tradycyjne sauny – zimą bardziej praktyczne, bo żadna kąpiel nie rozgrzeje tak jak wieczór w bani. Latem goszczą tu plener malarski i teatr, a na corocznych koncertach organizowanych z okazji Święta Morza oprócz grup folklorystycznych występują kultowe kapele ze stolicy.

Mieszkańcy nie zgodzili się jedynie na wybudowanie tu hoteli. Przegonili inwestorów i biznesmenów namawiających, by sprzedać nadmorskie działki pod budowę domków letniskowych. Wystarczy, że kilka gospodarstw oferuje noclegi na zasadzie agroturystyki. To, co najważniejsze, powinno trwać w niezmiennym porządku. Dla wyspiarzy oznacza on głównie święty spokój.

Tajemniczy świat mężczyzn

Turystyka na wyspie ma się jednak całkiem dobrze. Większość osób wpada tu zwykle na jeden dzień lub weekend. Latem promy kursują cały czas. W porcie można wypożyczyć rower i objechać nim całą wyspę – ma zaledwie 7 km długości – zahaczając o kilka głównych atrakcji. Nie ma ich wiele: kościół, latarnia morska i małe muzeum, które w kilku salach prezentuje kluczowe aspekty życia Kihnu. Można tu przenieść się do typowej klasy wiejskiej szkoły, zajrzeć do skrzyni z posagiem panny młodej, a po zaliczeniu lekcji historii, etnografii i marynistyki w ostatnim pokoju odwiedzić niewielką galerię malarstwa.

Obrazy przywodzą na myśl prace Nikifora. Ich autor, Jaan Oad, był urodzonym na Kihnu prymitywistą i choć sam wątpił w swoje artystyczne powołanie, to od początku XX w. niezłomnie ilustrował codzienne życie wyspy. Spośród zachowanych dokumentów płótna te są chyba najwierniejszym przekazem historycznym. Widać na nich malownicze, zielone krajobrazy, usłane głazami łagodne brzegi i sosnowe lasy. Widać trudy budowy statków, surowość zim i niebezpieczne polowania na lodzie. Dalekie wyprawy, morskie sztormy, odległe bogate miasta i libacje w portowych tawernach. Sieci, wiatraki, kucie kotwic.

Na płótnach trudno za to dostrzec… kobiety. Jeśli już się pojawią, to uchwycone podczas zbiorowych uroczystości lub przy pracy: młócce, oprawianiu fok lub kiedy taszcząc prosięta, wracają z parnawskiego targu. Albo jak zeznają przed carskim namiestnikiem oskarżającym je o rzucanie uroków na trzodę miejscowego dziedzica. Reszta należy wyłącznie do mężczyzn.

Kihnu
Świat mężczyzn do dziś związany jest głównie z morzem, fot. Artur Kot

Świat wilków morskich to najwyraźniej druga część opowieści o Kihnu; niewyeksponowana i tajemnicza, choć prawdopodobnie równie fascynująca i bogata. Gdzie jej posłuchać? Mężczyźni z wyspy nie są zbyt gadatliwi. Zaczepieni odpowiadają konkretnie. Skupione twarze nie zdradzają emocji. Poważni, zazwyczaj szybko odwracają wzrok albo ukradkiem znikają gdzieś za drzwiami.

Kiedy przychodzę z tymi obserwacjami do Mare, w odpowiedzi macha tylko ręką. To jeszcze jeden dowód na to, że ani upływ lat, ani szeroki rozgłos czy nowe perspektywy nie mogą zagrozić prawdziwej naturze wyspy. – Oni tacy już są, te nasze chłopy – tłumaczy z uśmiechem. – Tak zawsze było. I nic się tu nie zmieni.

Polub nas na Facebooku!

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody TIME S.A. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody TIME S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.