WŁOCHY

Włochy. Ferie jak u babci w południowym Tyrolu

Joanna Szyndler, 21.11.2019

St.Magdalena, Dolomity

fot.: Danita Delmont/Shutterstock.com

St.Magdalena, Dolomity
Spędzamy ferie jak u babci na wsi. Ale w otoczeniu najpiękniejszych gór na świecie – ośnieżonych Dolomitów

Dochodzi siedemnasta. Florian wciąga kalosze i niebieski kombinezon. Czas nakarmić krowy, wydoić je, posprzątać w oborze. Tę samą pracę wykonuje dwa razy dziennie – o świcie i po południu. Obowiązki na farmie przejął od swojego taty Franza. Jako jedyny z czwórki rodzeństwa postanowił zostać na gospodarstwie. W rodzinnym domu w miejscowości Latzfons w Południowym Tyrolu mieszka z żoną Eriką i trójką dzieci. Oprócz krów mają także konia, króliki, kozy, leciwego psa Niko, grupę szalejących kotów i jednego leniwego – Garfielda. O wszystkich trzeba zadbać, wszystkich nakarmić, podrapać za uchem. Dziś Florian ma jednak pomocnika. Dwuipółletni Filip z Polski zakasuje rękawy.

NA TEMAT:

Sposób na przetrwanie

Na farmę Thalhofer przyjechaliśmy na ferie. Rodzina Floriana oprócz prowadzenia gospodarstwa mlecznego wynajmuje także pokoje turystom. Można prosto z apartamentu ruszyć w dół na sankach, na wycieczkę w góry czy po prostu posiedzieć i popatrzeć na ośnieżone szczyty. Gospodarze zapraszają też do pieczenia chleba (tradycyjnego, pszenno-żytniego z dodatkiem kminku, anyżu oraz kopru) i do pomocy w pracy na farmie. Zwłaszcza do tego ostatniego Filipa nie trzeba namawiać. Karmienie „muuu”, jak mówi nasz syn, to obowiązkowy i ukochany moment każdego dnia pobytu.

Ferie jak u babci w południowym Tyrolu

- Wstawaj, idziemy się bawić! -woła Filip do drzemiącego Nika. Fot. Oscar Peña

Filip chwyta siano, pod czujnym okiem Floriana łapie za widły. Bez strachu i żadnych oporów bierze się do dojenia. Sprawdza, czy jedzonko dostały także cielaki, czy nie zapomniano o koniku, kozach i królikach. Z tymi ostatnimi spędza sporo czasu – głaszcze, bierze na ręce, śmieje się, gdy podgryzają jego buty i nogawki. Thalhofer należy do związku farm Roter Hahn. Znakiem czerwonego koguta firmowane są gospodarstwa agroturystyczne oraz restauracje, w których przyrządza się lokalne dania z produktów powstałych na farmach, a także same produkty – regionalne sery, nalewki, dżemy i suszone owoce z okolicznych sadów, pikle, miody i wina. Chodzi o to, żeby było zdrowo, lokalnie, w duchu slow. By poznać nie tylko stoki południowego Tyrolu, ale i jego mieszkańców, ich pracę, życie w górach i rytm dnia. I mieć przy tym wielką frajdę. Nie spieszyć się. Nacieszyć się sobą i zimą. Wybierać można spośród 1600 farm. Różnią się one standardem usług – są wśród nich proste, tańsze pokoje, są i luksusowe apartamenty. Niektóre gospodarstwa mają własne spa, położone są blisko znanych ośrodków narciarskich, inne znajdują się nieco na uboczu, w oddaleniu od zgiełku i popularnych atrakcji. Dla turystów to dobry pomysł na ferie, dla mieszkańców – pasja, praca albo i coś więcej: sposób na przetrwanie. – Posiadając dwa hektary ziemi, miejscowi rolnicy nie mieli szans w starciu z wielkimi gospodarstwami – opowiada nam Margit ze stowarzyszenia Roter Hahn. – Wielu zostawiało góry, ruszali do miast w poszukiwaniu pracy, wsie pustoszały, zmieniał się ich charakter. Z pastwisk zaczęły znikać krowy, a tradycje zanikać.

Południowy Tyrol

Rozsuwamy zasłony w pokoju w gospodarstwie Thalhofer i widzimy, jak przez noc całą okolicę przykrył śnieg. Fot. Oscar Peña

W 1998 r. Związek Farmerów Tyrolu Południowego zdecydował, że nie będzie konkurować z przemysłową produkcją. Spróbuję przekonać ludzi, że warto postawić na jakość – na to, co dobre i lokalne. Utworzono markę Roter Hahn i restrykcyjne zasady posługiwania się nią. I tak, żeby np. produkt mógł być firmowany znakiem koguta, 75% jego składników musi pochodzić z własnego gospodarstwa. Jeśli soki, to z owoców z sadu przy domu, jeśli sery – to z mleka od swoich krów. – Sprawdzamy rolników, czy stosują się do ustalonych reguł. Jeśli nie, tracą możliwość posługiwania się logo. Z płaconych składek zapewniamy im promocję, szkolenia. Wszystkie pieniądze wydajemy, nic nie zarabiamy. Wiele osób bało się przyjmować turystów, bo jak to zapraszać ludzi do obory... A gdzie im podać śniadanie, przecież nie mamy dla nich jadalni... Ale są przecież na to sposoby. Dzień wcześniej Erika, żona Floriana, zapytała nas, o której godzinie mamy ochotę zjeść śniadanie. Rano zapukała do drzwi. Weszła do pokoju z chustką na głowie, uśmiechem na ustach i drewnianą tacą w rękach. Na niej stało ciepłe mleko prosto od krowy, sok z czarnego bzu i konfitury własnej roboty, ser, masło i speck od sąsiadów. Jedliśmy z widokiem na Dolomity i kota Garfielda przeciągającego się na balkonie.

 

***

Cały tekst Joanny Szyndler przeczytasz w grudniowym wydaniu magazynu „Podróże”.

PODRÓŻE/12/2019

Zima w Wietnamie? Zobacz jakie miejsca warto odwiedzić.

Polub nas na Facebooku!

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody TIME S.A. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody TIME S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.